Iwona Pikora: Jest Pani uważana za największą polską specjalistkę, wręcz absolutny autorytet od spraw dysleksji. Jak zaczęła się Pani przygoda z dysleksją?
Prof. Marta Bogdanowicz: Moja przygoda z dysleksją zaczęła się od przeżycia tzw. dysonansu poznawczego już w pierwszych tygodniach od podjęcia pracy zawodowej w roli psychologa klinicznego dziecka w Poradni Psychologicznej dla Dzieci i Młodzieży w Gdańsku. Otóż odkryłam, iż nie rozumiem, co powoduje, że inteligentne dzieci trafiające do mojej poradni nie potrafią się nauczyć tak prostej – jak mi się wtedy wydawało – rzeczy jak czytanie. Ukończyłam Uniwersytet Jagielloński w Krakowie, jeden z najstarszych w Europie, bo o ponad 600-letniej tradycji kształcenia, lecz nie usłyszałam niczego, co pomogłoby mi wyjaśnić tę fascynującą zagadkę. Wówczas moja koleżanka przywiozła mi z Pragi czeskiej książkę autorstwa prof. Zdenka Matějčka i jego zespołu. Przy pomocy przedwojennego słowniczka mojego ojca, który się uchował dzięki temu, że Kraków cudem ocalał podczas wojny, tłumaczyłam książkę, ucząc się jednocześnie języka czeskiego. W tym czasie dotarła też do mnie książka prof. Haliny Spionek z Uniwersytetu Warszawskiego, w której przedstawiła swoje doświadczenia dotyczące skutków nieprawidłowego rozwoju psychomotorycznego dziecka. I tak od ponad 40 lat niezmiennie mnie ta dziedzina fascynuje.
[center]
IP: Pochodzi Pani z Krakowa, tam też Pani studiowała, jak więc znalazła się Pani w Gdańsku?
MB: Moja rodzina pochodzi z Krakowa i Lwowa. Jestem drugim pokoleniem psychologów – moi rodzice poznali się na studiach psychologicznych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Gdy tuż po wojnie, uciekając przed reżimem komunistycznym Związku Radzieckiego, zjechała do nas część rodziny ze Lwowa i trudno było żyć w jednym małym mieszkaniu, zapadła decyzja o konieczności znalezienia nowego miejsca zamieszkania. W ten sposób ostatecznie dotarliśmy do Gdańska. Tu w szkole spotkałam mojego przyszłego męża, którego rodzina pochodziła z Warszawy, wówczas niemal całkowicie zniszczonej, i ze Stanisławowa (dzisiejsza Ukraina). I w ten sposób utworzyliśmy „typową gdańską rodzinę”.
Moja córka urodzona już jako gdańszczanka to kolejne pokolenie psychologów. Zajmuje się szkoleniem nauczycieli języka angielskiego, jak uczyć dzieci dyslektyczne i obecnie pisze nową książkę na ten temat. Jako że sama jest osobą z dysleksją (skompensowaną dzięki wieloletniej pracy terapeutycznej), umie i uwielbia to robić, jako nauczycielka angielskiego. Ukończyła też filologię polską. Obecnie oddała recenzentom swoją pracę doktorską na temat osób dorosłych z dysleksją.
[center]
IP: Pracuje Pani w Instytucie Psychologii, jest wykładowcą, prowadzi Pani działalność społeczną, była Pani przez 9 lat dyrektorem Instytutu Psychologii – w jaki sposób godzi Pani te funkcje? Poza tymi wszystkimi stałymi zajęciami pisze Pani także prace z zakresu psychologii dziecięcej – opublikowała ich Pani ponad 300. Jest także Pani autorką scenariuszy i redaktorem polskich wersji filmów o dysleksji. To bardzo dużo zajęć jak na jedną osobę. Ma Pani jeszcze czas dla rodziny? Jak ona to znosi?
MB: Tak, to kwestia wielkich i nieustających kompromisów. Na szczęście udało mi się wychować dzieci w okresie, gdy niczego innego nie dało się robić. Po nocach pisałam doktorat. W dzień przez pierwszych siedem lat pracowałam w poradni zdrowia psychicznego dla dzieci, a potem, gdy przeniosłam się na uniwersytet, pozostałam w pracy poradnianej na jeden dzień w tygodniu. To była moja szkoła zawodu i praktyka, dzięki czemu poruszam się stale na pograniczu psychologii i pedagogiki, teorii i praktyki. Bardzo dużo pracuję, większość publikacji napisałam w nocy i podczas wakacji. Wiem, że to niezdrowe, ale dysleksja fascynuje mnie do tego stopnia, że… odpoczywam w pracy.
Wracając do pytania, muszę podkreślić, że mój mąż jest bardzo cierpliwym i wyrozumiałym człowiekiem. Rozumie, co to pasja działania, bo sam również jest pochłonięty pracą w szkole, którą założył z myślą o uczniach ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi (obecnie jest to Zespół Szkół Programów Indywidualnych). Około 60% z nich ma dysleksję. Jako artysta malarz ma dużą wyobraźnię twórczą i jest otwarty na nowe doświadczenia, dzięki czemu ta szkoła wiele dzieci uratowała, a my mamy o czym ze sobą godzinami rozmawiać.
IP: Jak powstał pomysł na „Polskie Towarzystwo Dysleksji”? Jest Pani jego założycielką?
MB: Polskie Towarzystwo Dysleksji założyłam w 1990 r. Jak na 20-latka rozwija się znakomicie, do niedawna miało 90 oddziałów w całym kraju. Moja przygoda zaczęła się od konferencji Europejskiego Towarzystwa Dysleksji w Aachen, gdzie zostałam zaproszona, by wygłosić wykład. Po wysłuchaniu mojego wystąpienia Zarząd Główny EDA zaproponował mi współpracę słowami: „Jeśli nie ty, to kto?”. Te słowa zapadły mi w serce i stały się wyzwaniem. Nie wiedziałam, że moja przygoda potrwa 20 lat i uda mi się zapalić do tej działalności tysiące ludzi w charakterze wolontariuszy. Jest to powód mojej największej dumy. Pracujemy w PTD razem: rodzice, nauczyciele, psychologowie, logopedzi, pedagodzy, pracownicy naukowi. W tym jest ogromna siła.
[center]
IP: Pełniła Pani funkcję wiceprzewodniczącej Europejskiego Towarzystwa Dysleksji. Jak to się stało? Na czym polega praca w tej instytucji?
MB: Europejskie Towarzystwo Dysleksji powstało w 1997 r., jako federacja początkowo ośmiu krajowych organizacji tego typu. Jubileuszowa konferencja miała miejsce w 2007 r. właśnie w Luksemburgu – sercu Europy. W EDA, z woli wyborców, przez 9 lat pełniłam funkcję wiceprzewodniczącej tego stowarzyszenia. Moją rolą było podtrzymywanie kontaktu z krajami Europy Wschodniej. Na dodatek potrafię „zarażać” tematem dysleksji innych. Dzięki moim inspiracjom, przekazywaniu materiałów i pomysłów powstało 5 stowarzyszeń: w Czechach (dwa), na Litwie, w Rosji. Teraz dzięki odwadze i aktywności pani Iwony Pikory oraz psychologa i pedagogów z Luksemburga, powstaje luksemburski oddział naszego stowarzyszenia.
[center]
IP: Pisze Pani bardzo dużo – jest Pani „tytanem pracy” – skąd biorą się inspiracje?
MB: Praca w poradni zdrowia psychicznego wraz z lekarzem i resztą interdyscyplinarnego zespołu specjalistów spowodowała, że bardzo dobrze poznałam problemy oraz potrzeby dzieci i ich rodziców. Dlatego tak dobrze wiem, czego im potrzeba i staram się na te potrzeby odpowiadać moimi książkami, zeszytami ćwiczeń, filmami, metodami diagnozy i terapii, takimi jak np. „masażyki dziecięce”, które mają pomagać im w relaksie i pogłębieniu kontaktu, oraz Metoda Dobrego Startu, w celu przygotowania ich do szkoły i skutecznego nauczenia liter.
IP: Jak powstał pomysł na „Metodę Dobrego Startu” – jest Pani jej twórcą?
MB: Metoda Dobrego Startu powstała z inspiracji metodą Le Bon Deport Holenderki T. Bugnet. Ogólne założenia tej metody poznałam za pomocą krótkiego przekazu ustnego. W tamtym czasie, mieszkając za „żelazna kurtyną”, nie miałam możliwości jej poznania, zakupienia literatury itp. Pracując z dziećmi przez 10 lat (raz w tygodniu) w przedszkolach, opracowałam własną metodę i opublikowałam ją w podręczniku w 1985 r. MDS ma już 40 lat i, ku mojemu zaskoczeniu, stale się rozwija. Dzięki temu, że jest elastyczna i uniwersalna, opracowujemy kolejne programy do jej stosowania wobec maluchów od 2–3 roku życia, dla przedszkolaków do 5 roku życia, dla dzieci niesłyszących, dla dzieci z opóźnieniem rozwoju mowy, dla pierwszoklasistów do nauki liter.
[center]
IP: Jakie jest Pani zdanie na temat dysleksji i wielojęzyczności. Czy przeciętny dyslektyk jest w stanie poradzić sobie z nauką dwóch, trzech języków? Pytam, ponieważ Luksemburg jest krajem, gdzie obowiązują trzy języki urzędowe.
MB: Wprawdzie w Polsce nie musimy uczyć się 4–5 języków, jak to się dzieje w Luksemburgu, to jednak skazani jesteśmy na dwujęzyczność. Nauka języka obcego sprawia problem wszystkim, a szczególnie uczniom z dysleksją, której przyczyną są zaburzenia rozwoju funkcji językowych (głównie deficyt fonologiczny). Tym bardziej, że nasz kraj 50 lat znajdował się w izolacji językowej i kulturowej, zablokowany żelazną kurtyną. Teraz staramy się ten stracony czas nadrobić.
Polskie Towarzystwo Dysleksji, działając w tej sprawie, skłoniło Ministerstwo Edukacji Narodowej do wydania w 2002 r. rozporządzenia, dzięki któremu uczeń z dysleksją na wniosek rodziców nie musi się uczyć drugiego języka obcego.
IP: Może jeszcze nietypowe pytanie. Mam na myśli rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej w sprawie udzielania uczniom pomocy pedagogicznej i psychologicznej w publicznych przedszkolach, szkołach, i placówkach, tzn. wczesną diagnozę, wczesną specjalistyczną interwencję, a w tym program i metody nauczania dostosowane do potrzeb, możliwości i stylu uczenia się oraz udział w zajęciach terapii pedagogicznej (ćwiczenia korekcyjno-kompensacyjne). Wiemy, że respektowane są na terenie Polski. Natomiast polskie szkoły są również za granicą. Czy w związku z tym to rozporządzenie dotyczy szkół poza granicami Polski, czy nasze dzieci winny mieć zapewnioną wczesną specjalistyczną opiekę, w tym diagnozę, terapię i zajęcia korekcyjne?
MB: W dniu 6 marca odbył się II Ogólnopolski Zjazd Terapeutów Pedagogicznych w Gdańsku, zorganizowany przez Polskie Towarzystwo Dysleksji i Uniwersytet Gdański, pod patronatem Minister Edukacji Narodowej i pani Katarzyny Hall. W imieniu uczestników mojego spotkania z rodzicami w Szkole Europejskiej w Luksemburgu zadałam takie pytanie pani minister. Odpowiedziała, że wszystkie szkoły polskie, także te o bardzo wąskim wymiarze czasowym, jak sobotnie szkoły za granicą, zarządzane są według tych samych praw.
[center]
IP: I na koniec, co sądzi Pani na temat ustawy pani minister Hall dotyczącej diagnozowania dysleksji?
MB: Pani minister, jako to powiedziałam w jej obecności podczas Zjazdu, mówi z nami jednym głosem – czego nigdy dotąd jeszcze nie było. To jest budujące, pomimo iż dzieli nas sporo problemów, kontrowersji, które należy przedyskutować i rozwiązać. Całe fragmenty z opracowań PTD znalazły się w materiałach szkoleniowych MEN, co oznacza zgodę na ten sposób myślenia, a w nim najważniejszym przesłaniem jest „wczesna diagnoza – wczesna interwencja”. Dysleksję rozwojową należy diagnozować do końca szkoły podstawowej, ale jednocześnie nie może być tak, żeby odmawiać diagnozy w starszych klasach czy jeszcze później, zwłaszcza że dysleksja jest problemem rzutującym na całe życie.
IP: Dziękuję bardzo za rozmowę.