Hawaje dzień 7-my OAHU i ...hawajski woreczek

Te dalekie i te całkiem bliskie...
Awatar użytkownika
ogrodniczka
Posty: 857
Rejestracja: 10-08-2007, 15:49
Lokalizacja: Kraków/Bridel

Hawaje dzień 7-my OAHU i ...hawajski woreczek

Post autor: ogrodniczka »

Jak dobrze obudzić się w wygodnym łóżku, z perspektywą kawy w 5 min. od pobudki i… dniem pełnym przygod. Za oknem słońce i gwar ulicy. Jest tyle atrakcji ale my jak zwykle tniemy, jak Edward Nożycoręki. Przede wszystkim chcemy zobaczyć pobliskie Haunama Bay, Diamond Head a w samym Honolulu Pałac Iolani, Waikiki i Hotel Royal Hawaiian. Turystycznych atrakcji jest mnostwo: Pearl Harbor, Aloha Tower, Ala Moana… Nie damy rady. Stawiamy na naturę.

Po śniadaniu chwytamy za plecak, okulary, krem do opalania i mapę. Przy windzie leży gazeta. Wielkie nagłówki krzyczą: "Shark Attack!”
Dwa dni temu na Maui rekin zatakowal młodą Niemkę. Dziewczyna nie ma jeszcze 20 lat. Nurkowała z maską 70 m od brzegu - niewinna zabawa milionow turystów. Podpłynał, odgryzł rękę na wysokości barku. Rekina odstraszył inny turysta, dziewczyna straciła dużo krwi i generalnie jest w bardzo złym stanie. Przetransportowano ja do Honolulu gdzie walczy o życie.
Okropna historia. Kto z nas udając się na te rajskie wyspy myśli o spotkaniu z rekinem?
Niestety one tutaj są ale od kilku lat nie było żadnego poważnego ataku. Narażeni są surferzy ale raczej nie myślimy o niebezpieczenstwie niedaleko brzegu wsród płytkich wód rafy koralowej… Smutno mi i szkoda mi dziewczyny, mam nadzieję, że sie wyliże.

Jest okolo godziny 9-tej, stoimy w korkach - w tym mieście mieszka 377 tys ludzi.
Oahu to 3-cia co do wielkości wyspa archipelagu o powierzchni 1500 km kw. Liczy okolo 950 tys. mieszkańcow z czego 75 % mieszka na wschodniej południowej stronie czyli tam gdzie leży Honolulu. Korki nieuniknione. Udaje nam sie wyrwać za rogatki. Pierwsza na tapetę idzie Haunama Bay - przepięknej urody zatoka powstała z zapadnięcia się kaldery wulkanu. Podążamy za drogowskazem, jesteśmy tuż tuż, skręt w prawo i….”No access” - wszystkie miejsca na parkingu zajęte, nie możemy nawet wjechać w pobliże by chociaż rzucic okiem (wjazdu pilnuje strażnik) nie mówiąc, że plan zanurzenia się w jej szmaragdowych wodach bierze w łeb.
Jestem zawiedziona. Nie ma co sterczeć jak kij w płocie. Zmieniamy zatem plany i jedziemy dalej przed siebie choć nie bardzo wiemy dokąd. Co kilka kilometrów piękne widoki i miejsca postojowe. Na jednym z nich rzuca nam się w oczy znajomo wyglądająca grupa turystow. Skądś znam te skarpety i klapki, te piwne brzuszyska, wąsy i kamery. Czyżby krajanie? Wzrok nie myli.
Przyjechali minibusikiem z nazwą Poland wygrawerowaną na tablicy rejestracyjnej.

Przewodniczką jest „Amerykańska Polka" z obowiązkowo amerykańskim akcentem i anglojęzycznymi wstawkami słownictwa dla podkreślenia, że jest „stąd”. Zachwala „nasze (jej) Oahu”. Nie wypada nie zagadać. Budzimy niezłą sensację, że tak sami, niezorganizowani, bez opieki pilota…Naszym pobratymcom nie mieści się to w glowach. Przewodniczka rozpala nasze żądze zachwalając North Shore. Rozglądamy się dookoła i postanawiamy pojechać jeszcze kilka km przed siebie, potem jeszcze kilka…a potem już nic nie jest w stanie nas zawrócić. Nie miałam pojęcia jakie cudne rejony oferuje wyspa we wschodniej części. Urzeka nas Sandy Beach - ogromna plaża i miałkim żółtym piasku. Ciekawość wiedzie dalej i dalej. Wyspa wciąga jak w labirynt. Prawdę mówiąc do tej pory nie spotkaliśmy tak bajkowych plaż (może poza Hanalei Bay na Kauai). Jedziemy drogą, która wiedze wzdłuż nabrzeża. Wiele miejscowości, dość duże zaludnienie ale to parterowe domy. Nie mamy nic do stracenia, skręcamy gdzie chcemy. Turkus wód jest obłędny. Spokój, białe piaski…manewry lotnicze. Niedaleko musi byc baza wojskowa. W życiu nie widziałam tak ogromnego samolotu transportowego w powietrzu.

Docieramy do pewnego miejsca…Jestem w raju?
Łączą się tutaj w niezwykłej harmonii turkus oceanu z zielenią wysokich wzgórz o poszarpanych omszałych szczytach. Duży parking, ale tylko kilka aut. Ogromny trawnik prowadzi wprost do płynnego turkusu. Na horyzoncie kilka skał. Cisza. Na odkrytej ładowni pick-upa siedzi kobieta i mocnych hawajskich rysach, czarne włosy jak u Bogini Pele. Bose stopy opuszczone. Nieruchoma, szeroka twarz zwrócona w kierunku oceanu. Siedzi patrzy. Bez ruchu.Nie mogę oderwać od niej oczu.

Siadamy na brzegu, nie ma co otwierać ust. Tu się patrzy, słów szkoda…Przestaję żałować, że Haunama była zamknięta. Inaczej, nie zobaczyłabym tego miejsca.
Ruszamy w milczeniu dalej. Jesteśmy głodni. Szukamy osławionych bud z krewetkami. Przewodniczka zapewniała, że wprost roi się od nich na północy. Proste baraczki, w których są tylko i wyłącznie krewetki z grilla. Skorupiaki są świeże, prosto z oceanu.
Zatrzymujemy się przy pierwszej napotkanej. Ustawiamy w kolejce. Co za zapach! czosnek i dym. Ślinianki pracują na pełnych obrotach. Dookoła gwar ludzi zajadających z apetytem białe mięsko. Przed każdym kopczyk różowych skorupek. Przychodzi nasza kolej. Wsadzam niemalże głowę do budki i…krewetki się skończyły, musimy czekać pół godziny. Czuję, że zgodnie z odruchem Pawłowa ślina cieknie mi po brodzie. Nie wytrzymam kolejnych 30 minut. Wsiadamy do auta i jedziemy kilka kilometrów dalej do kolejnej budki. Jakoś mi się się nie podoba, następna też nie i tamta też… Mąż mierzy mnie złowrogo wzrokiem. O ta może być. Gramolimy się z auta, stajemy w kolejne a tam…tylko krewetki gotowane. Nie chce! gotowanych.
Wracamy do auta, mąż w grobowym milczeniu.
Przejmuje ster i mówi : teraz ja wybiorę miejsce!

Siedzę cicho jak mysz pod miotłą, w tym stanie lepiej go nie zaczepiać. Jak na złość żadnych budek. Żołądek już wygrywa trele.
Nagle pojawia się jakiś przybytek z jedzeniem. Nie jest to krewetkowa buda tylko przydrożna buda-zajazd. Koślawy, brudnawy…taki koloryt myślę sobie uspokajająco. Dzielnie wchodzimy do środka.
Włos staje mi dęba, ale nic nie mówię. Brudna podłoga, brudne ściany, dwa automaty kawowe "out of order", na przypalonych podgrzewaczach stoją dzbanki z mętna kawą. W malutkim okienku za kratą siedzi uśmiechnięta pani w niegdyś białym fartuchu. Nie ma już odwrotu! To bar rybny wiec wiadomo jaki zapach tu się unosi.
Żeby dramatycznie odwlec moment zamówienia pokazuje mapę i pytam gdzie właściwie jesteśmy. Może pani pomyśli, że tylko po to tu weszliśmy.
Kobieta odpowiada, że nie wie jak to się dzieje ale co drugi wchodzący do baru turysta zadaje jej to samo pytanie. Jest przyzwyczajona i usłużnie trafia zatłuszczonym paluchem w mapę. Na kartce zostaje tłusta plama.
Zerkam ponad plecami kobiety. Za nimi ogromna płyta ze smażącymi się rybami. Ogromny facio miesza łapą w wiadrze szarej brei.
Nie patrzę na męża, ale kątem oka widzę, że pilnie studiuje wypisane kredą na tablicy menu. Znam go i WIEM, że teraz nic nie jest w stanie zmienić jego postanowienia zjedzenia TUTAJ.
Na ścianach wypisane na kartkach sentencje z biblii w stylu : "Pan jest Twoim Pasterzem".

"Niegdys biały fartuch" patrzy zachęcająco. Wybieram coś choć nie bardzo wiem co.

Pani prosi byśmy udali się do ich pięknego ogrodu gdzie będzie nam przyjemniej czekać na zamówienie.
Wychodzę przez zardzewiałe zakratowane drzwi. Na tyłach boski widok na wzgórza, bananowce i pola trzciny cukrowej. Zbite z surowych desek ławki. Osacza nas dziwna mieszanka nieprzyjemnych zapachów. O…niedaleko jest toaleta. Mąż korzysta ja nie mam odwagi. Nic nie mogę wyczytać z jego twarzy. Opada mnie rój much. Pani wpada falującym krokiem, roześmiana od ucha do ucha i stawia na stoliku w szarym kartonie (jak wytłaczanka na jajka) kopę ryby, tłustych wielkich bladych frytek i kilka plastikowych pojemniczków z sosami w których na pewno jest tysiąc „E".
Ani to ładnie wygląda, ani nie pachnie przyjemnie. Oczami wyobrazni widzę miejsce gdzie zostało to przygotowane.
Dzielnie wgryzam się w pierwszy kawałek mięsa. Kurcze…galaretowata konsystencja, błe…Odtrącam muchy, które obsiadły pudełko, siadają mi na nogach. Gryzą.
Mąż też metodycznie wgryza się w kolejny kawałek i zajada się w skupieniu frytkami.
Mucha siadła mi kolo ust. NIEEEEE! rzucam tym gównianym żarciem i uciekam bocznym wyjściem by nie napatoczyć się na czujne babsko w okienku. Mam mętne przeczucie, że jak w Psychozie - jeżeli tu wejdziesz i nie zjesz, nie zamlaszczesz i nie bekniesz z satysfakcją, to nie wyjdziesz żywy. Odkrywam boczną ścieżkę ogrodową. Rzucam szybko do męża: "jak chcesz to giń ja uciekam” i przełażę przez plotek. Siadam na kamieniu przed wejściem z dala od czujnych oczu kobiety. Po niespełna minucie słyszę szelest bananowca. Rozchylają się liscie i z krzaków niepewnie wyłania się mój mąż. W ręku trzyma…dwa nasze niedokończone dania.
- "Po cholerę to zabrałeś?"
- "Wiesz…tak głupio zostawić niezjedzone…jeszcze pomyślą, że nam nie smakowało…"

Tego dla mnie za wiele. Rozglądam się dookoła i mówię, "tam stoi kosz, idz i wywal to!"
Gotowa do startu do auta czekam aż pozbędziemy się kłopotu.
Na progu staje…baba w okienka. Patrzy nam na ręce. Mąż nad koszem na śmieci. Ona patrzy pytająco. Trzeba ratować sytuacje.
Klepiemy się po brzuchu mówiąc, że wielka porcja wielka i że zabieramy ja nad ocean by zjeść na plaży :)
Podziałało, kobieta się rozchmurza i stwierdza, że wszyscy w okolicy kochają jej kuchnię „including myself”, kończy…
Wsiadamy do auta i ruszamy z piskiem opon.

…i tak oto moje drogie dziateczki, babcia i dziadzio uniknęli śmierci na „Hawajach”. Tak będziemy kiedyś opowiadać wnukom nasze przygody.
Prawdę mówiąc, szczerze wierze w to co mówię…

Ryba wylądowała w pierwszym napotkanym koszu na śmieci. Mąż rozbawiony, że udało nam się ujść z życiem wyciaga frytkę, jeszcze udaje że ją zjada, dręczy się ze mną, tańczy z nią, gładzi się nią po twarzy…wariat :)
Nie wezmę nic do ust do wieczora ;) i przyznam ze do końca dnia obserwowałam go pilnie czy nie robi się zielony na twarzy.

Jesteśmy na North Shore.
Wszyscy mówią, że jest tam pięknie, ale nie można tego wyrazić słowami - tylko obrazami. Zdajemy sobie sprawę, że nasze plany wzięły w łeb, ale nie żałujemy i nie ma już odwrotu, trzeba przejechać trasę do końca by wrócić trans-wyspową trasą szybkiego ruchu by jak najszybciej wrócić do Honolulu i zdążyć jeszcze wjechać na Diamond Head.
Tak robimy. Jestem jednak już zmeczona od nawału wrażeń i ciągłego wyskakiwania z auta by robić zdjęcia. Okulary na nos, okulary z nosa, na nos z nosa..wyjście, wejście..uf… gubię mój śliczny woreczek od okularów Maui Jim. Jestem zmartwiona , był taki śliczny, zielony, z hawajskimi motywami ;(
Mąż okazuje serce i daje mi swój. Nastrój mi się poprawia.. Trasę przez środek wyspy pokonujemy w około godzinę.

Jest już pózne popołudnie. Zawijamy do Honolulu. Biegiem na Diamond Head. Podjeżdżamy do pod górę, ale brama wjazdowa…zamknięta. Okazało się, że wjazd jest tylko do godziny 17-tej. Jest 17-ta…Otwarta jest tylko część bramy dla wyjeżdżających.
Przemyka mi przez głowę, że…to przez nasz lunch..tyle czasu tam zmarnowaliśmy.
Bardzo żaluje. Z punktów widokowych Diamond Head rozciąga się uroczy widok na cale Honolulu.
Diamond Head jest wygasłym wulkanem górującym nad miastem.
Żeglarze przybyli na Oahu zauważyli kryształy kwarcu obecne licznie w skale wzgórza, pomyśleli ze to diamenty. Sromotnie się rozczarowali , ale nazwa pozostała.

Jak niepyszni zawinęliśmy w stronę Honolulu. Zaparkowaliśmy auto w pięknym parku. Słońce chyliło się ku zachodowi. Parkiem doszliśmy do Waikiki.
Widok i chwila były magiczne.

Sama plaża nie jest specjalnie ładna.To miejska plaża z wieżowcami w tle, bez żadnych charakterystycznych miejsc, skał, wraków, ale jest długa i szeroka. Wzdłuż plaży ciągnie się szeroki deptak pełen roznegliżowanych ciał na rolkach, spacerowiczów, zakochanych i biegaczy. Zachęcające do wypoczynku ławeczki. W sąsiadującym parku drzewa opanowane przez ptactwo. W koronie olbrzymiego fikusa (drzewo miało ze 20 m wysokości) panuje ogromny rejwach. Nigdy nie słyszałam tak głośnego świergotu ptaków. Muszą ich tam być setki! W oddali majaczy różowa bryła pierwszego hotelu zbudowanego na Waikiki. To Royal Hawaiaan Hotel. Ma bardzo charakterystyczną sylwetkę. Bardzo chciałam w nim przenocować bo to legenda, ale 500 dolarów za noc nie na naszą kieszeń.
Co gorsza, jesteśmy tak zmęczeni, że nie mamy siły już iść w jego kierunku, poza tym gwałtownie robi się ciemno.
Dowlekamy się resztką energii do auta i wracamy do Hiltona. Uświadamiam sobie, że …zgubiłam drugi hawajski woreczek od okularów.

Jestem zrozpaczona. W stanie zmęczenia każde niepowodzenie urasta do rozmiarów tragedii.
Mąż (może w odruchu podzięki za uratowanie życia w hawajskiej budzie) dzwoni do sklepów z okularami rozpytując o możliwość kupna nowego. Wiem, że to koszmarnie brzmi ale tamtego wieczoru zgubione dwa woreczki urastały w mej zmęczonej głowie do tragedii Titanica.
Resztką sił wychodzimy z hotelu zjeść coś co nas nie zabije.
Wyglądam jak siedem nieszczęść. Wchodzimy do sklepu z okularami Maui Jim. Oczywiście nie można kupić woreczka. Opowiadam historię dwóch utraconych. Brzmi albo bardzo desperacko albo bardzo szalenie. Pani patrzy na mnie badawczo, idzie do szuflady. Wyciąga dwa opakowania okularów, beznamiętnie odziera je z woreczków i…wręcza nam 2 sztuki. "Kupić nie można, ale można zostać obdarowanym" - mówi. "tylko pssst!" i przykłada palec do ust. Patrzymy jak osłupiali. Ona rozwiera ramiona i przywołuje mnie do siebie. JEST!
Jest mój pierwszy amerykański HUG. Pociesza mnie, wręcza woreczki i życzy miłych wspomnień z Hawajów.
I jak tu nie kochać Amerykanów?

Wstępują we mnie nowe siły. Mam dwa woreczki, idziemy na kolacje.
Jakie wspaniałe wakacyjne tłumy. Nigdy i nigdzie nie widziałam tak kolorowego, wesołego tłumu jak w Honolulu. Rozświetlone sklepy i retauracje, kolejka do Cheese Factory na 30 metrow. Wrażenie robi wspaniały hotel Moana Surfrider w kolonialnym stylu - zwany perłą Waikiki. W oczekiwaniu na wejście do włoskiej restauracji natrafiamy na sklep z kapeluszami Panama. Nic - tylko kapelusze. Z zainteresowaniem oglądam różne modele. Dla mnie Panama to Panama, ale ten kapelusz niejedno ma imię. Modeli jest kilkadziesiąt. Obsługa to młodzi ludzie, wszyscy profesjonalni i weseli. Dostaje się w ręce takiego chudzinki, który dobiera model. Wszyscy sprzedawcy obowiązkowo w kapeluszach.
Na górnej półce model za…prawie 6 tysięcy dolarów. Ten model nosi J. Depp i S. Connery.
Co za miejsce! świetnie się bawiłam, ale wyszłam z modelem za 150 dolarów a nie w tym za 6 tys :)
Włóczymy się długo do nocy. Honolulu jest wspaniałe.
Z żalem wracamy do hotelu bo wiemy, że jutrzejszy dzień jest ostatnim. Do dyspozycji mamy raptem parę porannych godzin. Chcemy oglądnąć pałac Iolani, siedzibę ostatniej królowej Hawajów i jednocześnie jedyny pałac królewski na amerykańskiej ziemi.

Po drzwiami znajdujemy wieczorne wydanie gazety: stan dziewczyny zaatakowanej przez rekina się pogorszył. Jest już przy niej rodzina.

Co za paskudna wiadomość na koniec tak wspaniałego dnia.
Więcej pokory…myślę sobie…i o moich głupich woreczkach.

Nie jestem specjalnie religijna,ale nagle przed oczami staje mi napis z budy trucicielki - "Pan jest Twoim pasterzem…”
Awatar użytkownika
ogrodniczka
Posty: 857
Rejestracja: 10-08-2007, 15:49
Lokalizacja: Kraków/Bridel

Post autor: ogrodniczka »

skoro tak ponuro dzis w Luksemburgu to polecam:

http://www.youtube.com/watch?v=7yiVyLRkqmg
Załączniki
zdjęcie 4-8.JPG
zdjęcie 3-7.JPG
zdjęcie 1-6.JPG
zdjęcie 1-9.JPG
zdjęcie 1-10.JPG
zdjęcie 2-6.JPG
zdjęcie 2-8.JPG
zdjęcie 2-9.JPG
zdjęcie 3-8.JPG
Haunama Bay, na ktora nie udalo nam sie wjechac
Haunama Bay, na ktora nie udalo nam sie wjechac
Awatar użytkownika
ogrodniczka
Posty: 857
Rejestracja: 10-08-2007, 15:49
Lokalizacja: Kraków/Bridel

Post autor: ogrodniczka »

Honolulu
Załączniki
zdjęcie 5.PNG
ODPOWIEDZ