Kompletnie wyczerpani szaleńczą jazdą po Manhattanie jedziemy na lotnisko by wieczornym lotem udać się do Los Angeles. Mnie już powieka opada, ale linie United ogłaszają 2 godzinne opóznienie.
Oznacza to, że w LA bedziemy o 2 w nocy zamiast o 11 wieczorem. Nie ma lekko. Oglądam ludzi. Wszyscy wpatrzeni w iPhony lub laptopy. Przy każdym wiaderko płynu kawoniepodobnego. Myślę, ze niedługo będą modne kroplówki made in Sturbucks...
Takie wglapianie się w telefony jest bardzo charakterystyczne. Praktycznie gdy tylko jest sekunda czasu – już trzeba sprawdzić FB albo maile albo tekstować. To jakby naturalny równoległy świat...
Wsiadam skonana do samolotu. Ekran nie działa, koca nie ma bo nie ma, woda w 5-6 godzinnym locie płatna, filmy płatne. Powieka klapła na dobre.
2 w nocy LA. Zombie istnieją – to ja nim jestem. Jak na złość wszystkie shuttle busy rozwożące pasażerów do wypożyczalni już obróciły trzy razy. Naszego Alamo nie ma. No cóz – tanio było.
Tracimy kolejna godzinę, ale się zjawia. Wypożyczamy pierwsze lepsze auto , które ma na liczniku mniej niż 300 000 mil i wydziela najmniej dziwnych zapachów. Niestety pada na Jeepa Patriot (przepraszam wszystkich zadowolonych właścicieli auta tej marki za słowo “niestety”). Auto okazuje się być niewypałem. Słabe hamulce, słaby silnik, wszystko byle jakie...
Jest 3 rano. Czas do hotelu. Przez myśl przemyka mi by już z niego zrezygnować i zaoszczędzić około 200 dolarów, co i tak jest tylko częścią opłaty ponieważ reszta za punkty i rozpocząć następny etap podróży. Zwycięża jednak wrodzona porządność (jak się umawiasz, że przyjedziesz to jedż) i myśl o porannym prysznicu.
Ulice ciche (noc) szerokie boulevards, palmy – ładnie w tym Beverly Hills. Jeszcze nawigacja nas wyprowadza w pole, jeszcze tracimy drogę, ale los uparcie wiedzie nas do hotelu...
W oświetlonym pięknym budynku czeka nas zaspana pani w recepcji. Sprawdza nasze rezerwacje z dziwną miną. Ja już przewieszona bezwładnie przez rączkę walizki...
Pani w recepcji patrzy w ekran jakby szukała w nim złota. Mina jej rzednie. Mnie też. Opuszcza nas i przychodzi w towarzystwie managera, który patrzy na nas znacząco a ja zaczynam się czuć jak ścigany przez Interpol złodziej hotelowych ręczników...Rozczochrana, wymięta, kolana wypchane, ślady po czymś do picia na ubraniu, oko podpuchnięte...
Nagle się uśmiecha i mówi: “Mam bardzo ładny pokój dla Państwa”. Daje nam kartę i odprowadza osobiście do windy. Jeszcze po drodze hipnotyzuje mnie widok ogromnego morskiego akwarium. Wymieniam spojrzenia z glonojadem...
Jedziemy na ostatnie piętro do...penthouse suites.
Spoglądamy na siebie...
Osobna karta do wejścia do korytarza. Kółka walizek grzęzną w miękkim dywanie. Stajemy po drzwiami, mąż otwiera i niepewnie zagląda o środka czy aby nie ładujemy się do pokoju Costnerowi.
Wciągamy walizy i nasze zmiętoszone cielesne powłoki.
Wita nas dyskretny blask lamp ogromnego apartamentu, pełnego eleganckich dywanów, luster, antyków, kryształowych żyrandoli – aż dziw, że nie płonie kominek. Stoję i patrzę, a walizka mnie wspiera.
Drugie oko zezuje mi na pokój obok z zachęcającym wieeelkim łożem z baldachimem, aksamitne zasłony, znów lampy, lustra, otomany , poduszki.
Zwiedzam 2 łazienki...hm...
Już nie chce mi się spać
Zrzucam walizy i buty. Opatulam się z jedwabnym szlafrokiem, puszczam wodę do ogromnej wanny z jacuzzi. Lustruję pozłacaną armaturę, ciemne, drewniane łazienkowe meble, grube ręczniki i moje ulubione angielskie kosmetyki Molton Brown. Nad wanną okno na cała ścianę pewnie z widokiem, ale tylko czarna noc i światła w oddali...
Wdrapujemy się na ogromne łóżko i chichoczemy. Wyciągamy z mężem do siebie rękę – jak to zawsze czynią Pat i Mat, zagłębiamy się w atłasy pościeli i zapadamy w miękkości łoża i w sen.
Jeszcze tylko przez głowę przebiega mi myśl czy aby na pewno ten pokój dostaliśmy za 160 dolarów i czy jutro nie trzeba będzie wyskoczyć z tysiaka...
..............................................................................
Otwieram oko. Przez grube zasłony wpadają promienie słońca. Gdzie jestem? Przypomina mi się rozdział "Czary" z mojej ulubionej w dzieciństwie książki Carol Burnett "Mała księżniczka".
Zeskakuję z łóżka, grzęznę w dywanie, wychodzę na taras. Na nim leżaki i widok na wzgórza Beverly Hills i wieżowce Los Angeles W oddali napis Hollywood. Okiem pasjonata taksuję meble i wystrój pokoju. No, no... Widok zarówno z tarasu jak i z wanny zabójczy.
Czas na śniadanie. Zostało nam zaledwie kilka godzin. Zmieniam ciuchy tułacza na sukienkę. Jedziemy w dół złotą windą, poranne przywitanie z glonojadem...
Śniadanie nad basenem. Cichutko, kawa LAVAZZA ROYAL !!!! (tu świadomie używam wykrzykników), miły pan robi dla mnie wymyślny omlet. Świeżo wyciskany sok z pomarańczy i egzotyczne owoce. Miła obsługa, woda chlupoce w basenie.
Wczorajszą myśl o wykasowanie tego hotelu i udania się w dalszą drogę odpędzam jak natrętną muchę. Dolewka kawy
Exxtreme udaje się na zwiedzanie, ja rozkoszuje się pięknym apartamentem, luksusem i samotnością. Choć 2 godziny bo czas ruszać w drogę.
Przy wymeldowywaniu się z hotelu, uderzamy do najmilszej twarzy przy kontuarze. Chwalimy pobyt, łóżko w szczególności i spoglądamy na plakietkę z imieniem. Spod klapy widać “yna”.Pytamy o imię i pani oświadcza, że ma na imię Grłazyna. O! Przechodzimy na polski, śmiejemy się, gadka, szmatka. Chcemy kupować to wspaniałe łóżko.
Pani przedstawia rachunek na 160 dolarów. Krajanka - to możemy zadać niedyskretne pytanie o cenę apartamentu.
“3000 dolarów na noc. Mam nadzieję, że się państwu podobało”.
Dyskretnie “obalam się” na walizkę .Kątem oka widzę, że nawet glonojad odpada od ścianki akwarium...
dziękujemy i w uśmiechach jakbyśmy wywinęli psikusa , udajemy się na zwiedzanie Beverly Hills. Witaj Rodeo Drive!
...........................................................................................................
Centrum Beverly Hills jest małe. Mało wysokich budynków. Specyficzna architektura. Czysto i schludnie. Rodeo Drive – raczej krótka ulica, na której i tak możesz zostawić milion podczas jednego popołudnia.
Przed jednym ze sklepów stoi Bugatti Veyron – jakie 1.200 000 dolarow, czy euro... jeden pies.
Objeżdżamy ulice, atmosfera luksusu i dostatku.Piękni , uśmiechnięci ludzie. Niestety nie ma Costnera...Czas nagli.
Postanawiamy pojechać pod napis Hollywood i przejechać Mulholland Drive by oglądnąć jak się tu żyje. Wzgórza, kręte drogi, w dole moloch - Los Angeles. Czas dziwnie przyśpiesza. Odpuszczamy Hollywood. Jedziemy na plaże w Santa Monica zaliczanej do najpiękniejszych na świecie. Rzeczywiście czad!
Szeroka, piaszczysta, słońce świeci, ludzie grają w siatkówkę plażową - ciała ich natarte olejkiem i wysportowane...
Wchodzimy na Pier - rodzaj molo, zawsze z charakterystycznymi uciechami dla dzieci i gawiedzi: wesołe miasteczko, knajpy, sklepy z pamiątkami. Pier moim zdaniem psuje piękno tego miejsca,ale nie tylko duchem człowiek żyje.
Musimy wracać.
Gaz do dechy z tym zdechlaku na kołach i...Witaj Las Vegas!
Santa Monica i Beverly Hills - do łożka z Costnerem?
- ogrodniczka
- Posty: 857
- Rejestracja: 10-08-2007, 15:49
- Lokalizacja: Kraków/Bridel
Ta bryka to naprawdę dno. Jedyny SUV czysty w środku z przebiegiem <3k mil na parkingu. Niestety. Mazda obok przewoziła wcześniej 4 spoconych farmerów godnie raczących się machorką. Skoda Fabia czy Fiat Punto biją na głowę trakcję tego gniota. Dopiero na lotnisku we Frisco poinformowałem żonę, że w testach zderzeniowych nasz Patriot zdobył 2 gwiazdki <lol> . Dacia miała ich ze 4. Ogólnie - dno.
- ogrodniczka
- Posty: 857
- Rejestracja: 10-08-2007, 15:49
- Lokalizacja: Kraków/Bridel
Tak Bamazo, Costner to mój typ faceta, a popatrz za kogo wyszłam...
Exxtreme-co za absurd.
Exxtreme-co za absurd.
Ostatnio zmieniony 31-08-2012, 12:03 przez ogrodniczka, łącznie zmieniany 1 raz.
- ogrodniczka
- Posty: 857
- Rejestracja: 10-08-2007, 15:49
- Lokalizacja: Kraków/Bridel